Axl przysłuchiwał się delikatnej grze na gitarze, opierając się o chłodną ścianę. Był na dworcu kolejowym – zbiorowisku ludzi wyszarpanych z różnych społeczeństw, którzy zgromadzeni tu byli na parę chwil lub dłużej, tylko z powodu potrzeby lub chęci wyjazdu. Wszyscy zabiegani, dla wszystkich ważne było tylko złapanie pociągu i wyniesienie się stąd. Wyjątkiem byli bezdomni rozłożeni na ławkach i dziewczyna, która delikatnie, aczkolwiek z pewnością szarpała za struny gitary. Wydobywane przez nią z instrumentu dźwięki, wraz z cichymi słowami śpiewanej piosenki układały się w melodię radosną, aczkolwiek miała ona w sobie coś z dotkliwego poczucia bezsensu i cichej, momentalnej samotności. Jednocześnie usłyszeć się też dało trochę buntu charakterystycznego dla nastolatków. Rudy słyszał już dobrą muzykę – przecież sam taką wykonywał wraz ze swoim zespołem, który niedługo miał być sławny nie tylko na Sunset Strip. Ale w tamtej chwili nie mógł powstrzymać się przed ukryciem za ścianą, by posłuchać, zatrzymując na kilka minut czas. W końcu sam był przez ostatnie dni niemal tak zabiegany jak ci ludzie na dworcu. Nieustanne rozmowy z ludźmi z „biznesu”, ciągłe nerwy sprawiały, że nie czuł się zbyt dobrze. Jak przygwożdżony do muzyki, która powinna być wolna, jakby ta muzyka nie była muzyką, a tylko czymś łączonym się z handlem. Cały czas jednak wmawiał sobie, że to niedługo minie. Poza tym tego chciał on i reszta zespołu – sławy. Nagle znów porwanych w krąg nieprzyjemnych rozmyślań, usłyszał ostatnie nuty piosenki. Uśmiechnął się delikatnie i wychylił się trochę, by spojrzeć na dziewczynę, która wcześniej siedziała na podłodze, a teraz trzymała już w dłoni gitarę i zmagała się z dużą torbą. A więc ona też gdzieś jedzie, pomyślał nad tą oczywistością wokalista. Wyglądała na trochę zdenerwowaną, jakby traciła cierpliwość do torby i miała ochotę na nią nakrzyczeć.
Zaśmiał się cicho i przemagając nieśmiałość, która przecież naprawdę, naprawdę tak nielicznie się w nim odzywała, przeszedł parę metrów, by dotrzeć do dziewczyny.
- Pomóc ci? – zapytał. Ta spojrzała na niego i chwilę jakby się zastanawiała, czy uda jej się wygrać wojnę z walizką. Mimo, że tego nie lubiła, musiała sama sobie przyznać, że za dużo do niej wpakowała. Skinęła więc głową. Axl chwycił bagaż, dziwiąc się nad jego ciężarem. Nie wydawał się być aż taki ciężki, choć mimo wszystko nie miał problemu z jego udźwignięciem. Sam wszystko, co zabierał, miał pochowane w kieszeniach.
- Dokąd jedziesz? – zapytał. Trochę z własnej ciekawości, trochę też dlatego, że miał przecież zanieść to na jej peron.
- Do Los Angeles – mruknęła. Chłopak uśmiechnął się uroczo, choć zawsze utrzymywał, że ta słodycz w tej minie nie była planowana.
- Ja też – powiedział. Spojrzała na niego jeszcze raz, omiatając go szybko wzrokiem. Wydawało się to całkiem prawdopodobne, zważywszy na jego ubiór i kowbojki i na ostatnie trochę większe zainteresowanie sceną glam i rockiem ogólnie.
- Suzanne jestem – przedstawiła się. Szli od paru minut, a niosący jej rzeczy młody mężczyzna nawet się nie przedstawił.
- A ja Axl.
Potem doszli do ławek, gdzie mieli czekać na nadjeżdżający pociąg. Nie odzywali się do siebie, choć wokalista co jakiś czas zerkał na nią z ciekawością. Nagle ludzie zaczęli wydawać mu się ciekawi – bo każdy miał swoją historię, uczucia, swoje imię. Chciał ją o coś zapytać, dowiedzieć się czegoś, ale nagle poczuł się jak idiota. Spojrzeli na siebie, a między nimi utworzyła się jakby więź porozumienia, a jednocześnie poczuli elektryzujące szczęście. W tym samym momencie zakłopotani odwrócili wzrok.
Rudy siedział na dworcu właściwie od rana, a dochodziła dwunasta. Robił się głodny, więc rzucił tylko, że idzie coś kupić i poszedł w stronę małego sklepu znajdującego się tuż przy budce, w której można było kupić bilety. Kupił sobie jakiegoś batona i podrzucając nim, ruszył w stronę ławki, kiedy zobaczył…Zamykające się drzwi pociągu. Kurwa!, pomyślał tylko i rzucił się w jego stronę. Zobaczył, że Suzanne macha mu przez okno.
Kurwa, kurwa, kurwa!
- Minęły trzy miesiące – mruknął Slash, patrząc na Rudzielca, który zajęty był wydzwanianiem do wszystkich numerów z książki telefonicznej, przy których znajdowało się imię Suzanne. Tylko tyle wiedział, tylko jej imię znał.
- Przecież nawet z nią nie rozmawiałeś, tylko się przedstawiliście sobie – dodał Izzy.
- Kurwa! – wrzasnął znowu wokalista – Nie rozumiecie potęgi miłości!
Jego policzki delikatnie się zaróżowiły i zamilkł na chwilę, przerywając przeglądanie numerów. Wyglądał, jakby się rozmarzył. I co z tego, że minęły trzy miesiące? Że nic o niej nie wiedział? Zakochał się kurwa. Tyle, koniec. Dla miłości nie ma wytłumaczenia. Koledzy patrzyli na niego jak na idiotę, ale on miał to gdzieś. Nie wiedzieli nic ani o jego pracy jako superagent, ani o miłości.
Frajerzy, miał ochotę powiedzieć, ale to określenie brzmiało wyjątkowo słabo. Wreszcie wziął telefon znów do dłoni, wykręcając następny numer. Przełknął ślinę i pomijając zwyczajową gadkę o tym kim jest i do kogo chce się dodzwonić, pomijając wstępne przeprosiny, jeśli przeszkadza, z pełną wiarą, że wreszcie dodzwonił się do swej ukochanej, która jeszcze o tym, że jest jego ukochaną, nie wiedziała, wypalił od razu:
- Suzaaaanne? Tu Axl. Poznaliśmy się na dworcu.
- Axl? – lekko zaspany głos – O matko, przypominam sobie! – krótka chwila milczenia. – Skąd masz mój numer?!
Na twarzy chłopaka pojawił się uśmiech.
- Nieważne. Spotkałabyś się?
Axl szedł na miejsce ich spotkania – do zwykłej kawiarenki – z dziwnymi i niemiłymi przeczuciami. Tak, zdecydowanie czuł grozę w powietrzu, jakąś niedopowiedzianą nienawiść i zapach papierosów. Przechodził przez ulicę, jeszcze tylko parę kroków, gdy…
Plask. Axl wywalił się na jezdnię. Plask. Przejechał po nim samochód. Plask. Wyrzucił z siebie wnętrzności w ataku wymiotów.
Niepokojące krzyki wybawiły Suzanne z kawiarence, w której umówiła się z Rudzielcem. Ło kurwa!
Axl leżał prawie że rozpłaszczony na drodze. Podeszła do niego, niedowierzając własnym oczom.
- Wszystkiego najlepszego – powiedział tylko, a były to jego ostatnie słowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz