TEREFERE <3
28 stycznia zawsze był dla mnie dniem szczególnie ważnym. Był to dzień moich urodzin. W tym roku stał się jednak dla mnie kolejną rocznicą. Ale po kolei, zacznę od początku. Ale jaki jest początek? Mam na imię Zuzanna, ale nie lubię jak tak na mnie mówią. To takie… poważne, a ja zdecydowanie nie jestem poważna. W każdym razie nie aż tak, żeby nazywać mnie Zuzanną. Wszyscy już przyzwyczaili się, by nazywać mnie po prostu Zuz. Miłe określenie, nie? W każdym razie w tym roku skończyłam 16 lat. Nigdy nie miałam zbyt wielu przyjaciół. Jedynie Naomi i Sashę. Zaprzyjaźniłyśmy się na początku roku szkolnego. Przyjechałam do Seattle z Polski. Naomi i Sasha też nie są Amerykankami. Sądzę, że dlatego się ze sobą trzymamy. Byłyśmy wytykane palcami, bo wyglądałyśmy inaczej, miałyśmy dziwny akcent i ogólnie nie mogłyśmy się wtopić w tłum. Niestety, kiedy prawie każdy rozmawiał na mój temat i zaprzątał sobie głowę moim życiem, pewien niesamowicie przystojny blondyn nawet nie raczył zaszczycić mnie swoim spojrzeniem. Mówiłam o swoich 16 urodzinach. Zapowiadały się na najgorsze urodziny w historii. Rodzice wyjechali w sprawach służbowych do Los Angeles, w domu zostałam sama. Zadzwoniłam do Sashy, była najbardziej zwariowaną osobą, z jaką można spędzić urodziny. Niestety, przyjechała do niej rodzina z Rosji, chciała ten czas spędzić z nimi. Rozumiałam ją bardzo dobrze. Nie było dnia, w którym nie mówiłaby o swoim rodzeństwie i o tym jak za nimi tęskni. Została mi Naomi. Nie chciałam dzwonić, postanowiłam się przejść. Nie był to długi spacer, bo Naomi mieszkała trzy domy dalej, ale to dobrze, było cholernie zimno. Zadzwoniłam do drzwi. Otworzyła mi młoda kobieta o jasnej karnacji.
28 stycznia zawsze był dla mnie dniem szczególnie ważnym. Był to dzień moich urodzin. W tym roku stał się jednak dla mnie kolejną rocznicą. Ale po kolei, zacznę od początku. Ale jaki jest początek? Mam na imię Zuzanna, ale nie lubię jak tak na mnie mówią. To takie… poważne, a ja zdecydowanie nie jestem poważna. W każdym razie nie aż tak, żeby nazywać mnie Zuzanną. Wszyscy już przyzwyczaili się, by nazywać mnie po prostu Zuz. Miłe określenie, nie? W każdym razie w tym roku skończyłam 16 lat. Nigdy nie miałam zbyt wielu przyjaciół. Jedynie Naomi i Sashę. Zaprzyjaźniłyśmy się na początku roku szkolnego. Przyjechałam do Seattle z Polski. Naomi i Sasha też nie są Amerykankami. Sądzę, że dlatego się ze sobą trzymamy. Byłyśmy wytykane palcami, bo wyglądałyśmy inaczej, miałyśmy dziwny akcent i ogólnie nie mogłyśmy się wtopić w tłum. Niestety, kiedy prawie każdy rozmawiał na mój temat i zaprzątał sobie głowę moim życiem, pewien niesamowicie przystojny blondyn nawet nie raczył zaszczycić mnie swoim spojrzeniem. Mówiłam o swoich 16 urodzinach. Zapowiadały się na najgorsze urodziny w historii. Rodzice wyjechali w sprawach służbowych do Los Angeles, w domu zostałam sama. Zadzwoniłam do Sashy, była najbardziej zwariowaną osobą, z jaką można spędzić urodziny. Niestety, przyjechała do niej rodzina z Rosji, chciała ten czas spędzić z nimi. Rozumiałam ją bardzo dobrze. Nie było dnia, w którym nie mówiłaby o swoim rodzeństwie i o tym jak za nimi tęskni. Została mi Naomi. Nie chciałam dzwonić, postanowiłam się przejść. Nie był to długi spacer, bo Naomi mieszkała trzy domy dalej, ale to dobrze, było cholernie zimno. Zadzwoniłam do drzwi. Otworzyła mi młoda kobieta o jasnej karnacji.
- Konnichi-wa, jest
Naomi? – zapytałam grzecznie, używając japońskiego powitania. Zawsze się tak
witałyśmy. Raz po Polsku, raz po Rosyjsku a raz po Japońsku. W sumie
kolegowanie się z tymi dwiema wariatkami miało mnóstwo plusów. Na przykład
dzięki nim znam podstawy japońskiego i rosyjskiego. To naprawdę fajna sprawa!
- Jest, ale nie może
wyjść. Choruje – wytłumaczyła mi Japonka z wielkim smutkiem. Naomi napomknęła
kiedyś, że nienawidzi chorować, bo jej mama wszystko wyolbrzymia. Westchnęłam
tylko i pożegnałam się. Nie miałam co robić. Te urodziny zapowiadały się
naprawdę tragicznie. Ruszyłam w stronę centrum miasteczka, z braku lepszego
zajęcia. Kiedy mijałam plac zabaw usłyszałam głośne śmiechy. Odwróciłam się i
zimna, śnieżna piguła trafiła mnie celnie w sam nos. Śmiechy wzmogły się.
Otarłam śnieg różową rękawiczką i zobaczyłam dzieciaki z sąsiedztwa. Mruknęłam
pod nosem coś w stylu „Gówniarzeria” i poszłam dalej. W sumie jak teraz o tym
myślę to mogłam im oddać, ale z drugiej strony nie lubię się mścić, bo po co
zniżać się do ich poziomu? Szłam tak, gdzie mnie nogi poniosą i dotarłam na
lodowisko.
- Czemu nie? –
mruknęłam do siebie i poszłam wypożyczyć
łyżwy. Totalnie nie umiałam na nich jeździć, ale doszłam do wniosku, że
ten dzień nie może być już gorszy. A jednak moje przypuszczenia jak zwykle mnie
zawiodły. Na lodowisku był nie ko inny jak Duff McKagan. Ten sam przystojny
blondyn, który nigdy na mnie nie spojrzał. Ten sam przystojny blondyn, za
którym szalały wszystkie dziewczyny. Ten sam przystojny blondyn, którego koloru
oczu nigdy nie widziałam, ale mogę się założyć, że są zielone. Już miałam zawrócić, kiedy naszła mnie
genialna myśl: „ Ej, Zuz. Skoro nigdy na Ciebie nie spojrzał, to czemu miałby
patrzeć jak się wypierdalasz na środku lodowiska?” I po tym pięknym
podsumowaniu drżącymi nogami stanęłam na tafli lodu. Chciałam się delikatnie odepchnąć,
ale mi nie wyszło. Plus był taki, że nie upadłam. Po kilku takich posunięciach
zdałam sobie sprawę, że nie jeżdżę, lecz chodzę. Automatycznie przypomniało mi
się jak Sasha opowiadała mi, że w Rosji nie mówi się „jeździć na łyżwach” tylko
„chodzić na łyżwach”. Tak, Zuz. Jedź do Rosji.
Popatrzyłam na innych jak śmiało śmigają na łyżwach i postanowiłam spróbować ich naśladować. W sumie nie miałam
nic do stracenia, nie? Przesunęłam powoli prawą nogę do przodu jednocześnie
odrywając się lewą od tafli lodu. To było piękne. Przynajmniej do momentu w
którym ząbki łyżwy nie wbiły się w lód i nie upadłam prosto na twarz. Nie mogło
się obyć bez śmiechów. W sumie przywykłam już do tego. Byłam straszną
niezdarą. Próbowałam się podnieść, ale
kolano bolało mnie do tego stopnia, że nie mogłam nim poruszyć, do tego łyżwy
wciąż ślizgały się po lodowisku. Nagle
zauważyłam, że ktoś podjechał do mnie i podał mi rękę. Spojrzałam w górę i moje
serce zamarło, a następnie eksplodowało. Patrzyłam właśnie prosto w oczy niesamowicie
przystojnego blondyna. I nie były zielone. Były brązowe, z domieszką zielonego.
Po prostu siedziałam na lodzie zatapiając się w tym spojrzeniu. W ogóle nie
docierało do mnie, że on coś mówi, pomimo tego, że patrzyłam na jego
poruszające się usta.
- W ogóle to mówisz
po angielsku? – nie wiem czemu akurat to pytanie wyrwało mnie z transu
podziwiania Duffa.
- Tak, jasne –
odpowiedziałam mrugając szybko.
- Wstań – uśmiechnął
się podając mi dłoń. Był przesłodki. Zwróciłam uwagę na jeden szczegół – miał
umalowane oczy. Nie wiem po co… A jeśli był gejem? Nie, ktoś taki nie może być
gejem. Chwyciłam jego dłoń i zachwiałam
się wstając. Objął mnie w pasie zapewniając mi stabilizację. Podjechaliśmy do
ławeczki i usiedliśmy na niej.
- Pokaż to kolano – uśmiechnął
się zniewalająco kładąc sobie moją nogę na swoim kolanie. Jeżeli mogłam stać
się bardziej czerwona niż byłam, to w tamtym momencie przypomniałam barwą
cegłę. Delikatnie ucisnął kciukiem
miejsce, które stłukłam. Syknęłam z bólu.
- Boli? – zapytał
troskliwym tonem.
- Nie, kurwa.
Łaskocze, wiesz? – odparłam sarkastycznie. Popatrzył na mnie przez chwilę i
wybuchnął przesłodkim śmiechem.
- Jesteś słodka,
wiesz? – mruknął cicho opierając głowę na moim ramieniu.
- A ty malujesz oczy
– spojrzał na mnie unosząc brew. Dopiero teraz przyjrzałam się jego oczom.
Wcale nie były umalowane. Miał po prostu cholernie gęste rzęsy. – A nie, jednak
nie– stwierdziłam inteligentnie, wywołując u niego kolejną salwę śmiechu.
- Chodź ze mną pokażę
ci fajne miejsce – entuzjastycznie wstał i wziął mnie na ręce. Ej, ej, ej!
Koleś, znasz mnie nie całe pół godziny. – No przecież ty nie możesz chodzić –
zauważył widząc moją minę. Westchnęłam tylko i ruszyliśmy w nieznanym mi
kierunku. Po drodze dużo rozmawialiśmy, nawet przez chwilę nie zapanowała
cisza.
- Tak w ogóle to ile
masz lat? – zapytał z dziwnym zamyśleniem.
- A ile byś mi dał? –
odpowiedziałam pytaniem na pytanie z cwaniackim uśmieszkiem.
- Nie wiem, coś koło
13.
- Taa, dzięki –
uśmiechnęłam się. – Od dzisiaj mam 16 – chłopak zamyślił się, po czym z
entuzjazmem godnym naukowca krzyknął:
- TY MASZ DZISIAJ
URODZINY! – po czym podrzucił mnie w powietrze i zaczął składać chaotyczne
życzenia, z których zrozumiałam tylko „I dużo, dużo małych piesków, bo małe
pieski są mega słodkie!” Weszliśmy do małej kawiarenki i Duff zamówił dla nas
kawę i sernik. KOCHAM SERNIK! Chłopak się zna na rzeczy! Siedzieliśmy i
rozmawialiśmy praktycznie o wszystkim. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczął
gładzić wierzch mojej dłoni swoimi długimi palcami.
- Duffy, co ty
robisz? – zapytałam, kiedy w końcu spostrzegłam jego zachowanie. Chłopak tylko
uśmiechnął się, nachylił nad stolikiem i delikatnie musnął moje usta.
- Wszystkiego
najlepszego, Zuz. Chodź do domu, późno już – i wróciliśmy do mnie, oglądaliśmy
filmy i tak zaczęła się nasza znajomość. To były najlepsze urodziny w moim
życiu.
Ta ta ta ta ta ra ta ta :D <3
Ta ta ta ta ta ra ta ta :D <3
Zuz, Zuzanno, Dzwoneczku, Skowroneczku NAJLEPSZEGO <3 TEREFERE! *_*
Życzę ci dużo weny, dużo sernika, dużo muzyki, dużo Gunsów, dużo książek, dużo dużo małych, słodkich piesków <3 I dużo kwiatków na wiosnę, bo kwiatki są fajne i jeszcze życzę Ci, żebyś miała same uśmiechnięte dni iii.... DUŻO DUŻO TEREFERE! <3
Kocham, Kocham, Kocham Dzowneczka ;***
Kocham, Kocham, Kocham Dzowneczka ;***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz