I od Lizzie też :33

Hmm... Ktoś coś mówił o sensie? xD
Za błędy logiczne (xD) i zwykłe przepraszam ;-;
Wszystkiego najlepszego, Dzwoneczku! ;D




- Wychodzę! – Ryknęła Suzanne w ramach pożegnania, zatrzaskując za sobą drzwi. Kiedy tylko ucichło echo jej kroków, dziewczyny rzuciły wszystko co miały akurat w rękach w kąt i z rosnącą ekscytacją rzuciły się do nowych zadań. Wszystko było od dawna (jasne, przecież były mistrzyniami planowania i ogarniania) ustalone. Tymczasem Sue z granatową torbą przewieszoną przez ramię pędziła na cotygodniowy trening siatkówki. Mrucząc pod nosem wymyślaną na poczekaniu melodię (i w głowie już kombinując jak można by ją zagrać na gitarze, perkusji, basie i puzonie) parła przed siebie zdecydowanym krokiem, mimo cmokającego pod glanami błota i sypiącego po oczach śniegu. Kiedy dotarła na miejsce, od razu skierowała się do szatni, gdzie z prędkością światła przebrała dzwony i nakrapianą koszulę w dresik, który wszystkie dostały kiedy zaczęły trenować w klubie. Wypadła na salę, rozcierając dłonie, by troszkę się ogrzać. Chyba trener zapomniał włączyć kaloryfery. Koleżanki z drużyny trzęsły się z zimna na sali. Nim się ociepli minie trochę czasu. Dziewczyny zaczęły rozgrzewkę, potem pierwszego seta, ale trener widocznie postanowił w ogóle nie pojawiać się tego dnia. Dopiero pod koniec meczu na salę wparował niski blondyn w czapeczce z daszkiem i z gwizdkiem zawieszonym na szyi.
- Dobry…? - Mruknęła Sue na jego widok. – Pan Dawson nie mógł przyjść? (Cóż za dedukcja!)
- Tak, tak, jasne. Znaczy nie mógł, no, nie mógł. Rozchorował się. Wyjechał do sanatorium. No, teraz to ja będę waszym trenerem. – Zakończył niezupełnie składną wypowiedź. Dziewczyny popatrzyły po sobie zdziwione i wróciły do szatni, by z narzucić na siebie z powrotem cieplejsze ciuchy. Suzanne owinęła się dokładnie szalikiem i kurtką i wyszła przed halę z granatową torbą na ramieniu. Zaczęła się zastanawiać, czy trener ma się dobrze, czy może nie powinny do niego zadzwonić i zapytać jak się czuje, może przynieść mu zakupy, czy pomóc w drobnych obowiązkach. Już nawet skręciła w lewo z zamiarem skorzystania z budki telefonicznej, kiedy ktoś złapał ją znienacka za ramię. Wydała zduszony okrzyk. Nie była tchórzem, ale nawet najodważniejszy przestraszyłby się, gdyby go nagle ktoś złapał w ciemnej, pustej uliczce.
- Eee… Suzanne, tak? – Zapytał nowy trener, odwracając ją do siebie. – Jesteś kapitanem drużyny, prawda?
- Nie. – Wykrztusiła, kiedy uspokoiła się trochę, a ciśnienie spadło jej do normalnej wysokości. – Sarah jest kapitanem. Ta wysoka brunetka z warkoczem.
- Aha.
- To… Do widzenia za tydzień?
- A tak, tak. Za tydzień, do widzenia, tak. Cześć. – Rzucił w roztargnieniu i odszedł, rzucając jej jeszcze po drodze smutne spojrzenie. Dziewczyna była trochę zdziwiona tą postawą, ale w końcu miała dużo ważnych spraw na głowie i nie potrzebowała zamartwiać się jeszcze tym (chociaż wiedziała, że prędzej czy później zacznie). Zapomniała zupełnie zadzwonić do pana Dawsona. Ruszyła prosto do domu, gdzie czekały na nią przyjaciółki. Skrycie liczyła na to, że tylko udawały, że nie pamiętają o jej urodzinach, a w domu czeka na nią ogromny tort czekoladowy i całe mnóstwo obcych bardziej i mniej ludzi, z którymi mogłaby balować do rana w towarzystwie Jim Beama i jego kolegi Jacka. Ale drzwi wejściowe były zamknięte na klucz. Rozejrzała się po ogrodzie z nadzieją, że dziewczyny zaraz wyskoczą zza krzaków, ale było prawie zupełnie cicho. Tylko z domu sąsiadów dolatywały jakieś dzikie wybuchy śmiechu i niepokojące hałasy. Sue uśmiechnęła się pod nosem, słysząc c cienki pisk Michie a potem zobaczyła za oknem nieuczesaną sylwetkę Mercy. Ruszyła w stronę oddalonego o parę metrów domu, który zresztą jeszcze dziś rano stał zupełnie pusty. Chyba te idiotki nie kupiły jej domu? Na ganku zatrzymała się na chwilę, słysząc szmer ekscytacji za drzwiami („Idzie, idzie, zaraz tu będzie, cicho tam kurwa!” ). Nacisnęła dzwonek u drzwi, ale nie działał, jak można było się domyślić, widząc w jakim stanie był cały budynek. Cud, że w ogóle był dzwonek (ba, cud, że w ogóle były drzwi!).
- Puk, puk! – Krzyknęła, trzęsąc się z zimna i ekscytacji. Szmer za ścianą stał się na chwilę jeszcze bardziej słyszalny. A potem ściana runęła w bok, zupełnie oderwana od reszty domu.
- Uuups. – Pisnęła Lizzie, z ręką wyciągniętą w bok, kiedy dziesięć osób wytrzeszczyło na nią oczy. – To samo tak…?
- ROZKURWIAMY TO PUDŁO! – Wrzasnął radośnie nieznany Sue wcześniej rudzielec i z gołymi rękami rzucił się na jedną ze stojących jeszcze ścian. Wysoki blondyn w koszuli podobnej do tej, jaką miała na sobie Suzanne (czyżby nie mieli męskich wzorów?) próbował przemówić mu do rozumu (jakby było do czego), ale to nie dawało żadnego rezultatu (serio? Ciekawe czemu…).
- Znaczy… Najlepszego, nie? – Mercy rzuciła się uściskać zastygłą w niedowierzaniu przyjaciółkę. Liz wyjęła z kieszeni karteczkę papieru i zaczęła ją rozwijać i rozwijać, aż okazało się, karteczka była dłuższa od niej i zaczęła poważnym tonem odczytywać wymyślane od tygodni życzenia, ale i tak nikt jej nie słuchał, bo Mackeznie z Alex zaczęły drzeć ryja wyśpiewując improwizowane piosenki o tym jak kochają swoją przyjaciółkę i że chcą dla niej wszystkiego co zajebiste i szatańskie (a czy to nie to samo?), do rytmu nieziemskiej solówki wychodzącej spod palców ciemnowłosego mulata (chociaż włosów miał tak dużo, że gdyby nie to, że nie miał na sobie koszulki w ogóle nie byłoby widać, że jest mulatem). Drugi ciemnowłosy chłopak siedział na kanapie , spokojnie paląc sobie papierosa, jak gdyby nie dziwiło go nic, co działo się w pokoju (o ile można to było jeszcze nazwać pokojem).
- Zimno, kurwa. – To było jedyne co powiedział, po czym zarzucił na siebie leżące pod ręką futro w cętki, nie bacząc na oburzone spojrzenia Liz i wysokiego blondyna, który zaczął narzekać, że to było jego (serio, babska koszula i futro?)  i że jemu też zimno, na co ten ciemnoskóry przerwał nakurwianie solówek i mruknął, że kolega tak tylko narzeka, bo w rzeczywistości jego organizm (jakie mądre słowo, nie?) składa się w siedemdziesięciu procentach z wódki, więc szybko nie zamarznie.
- NO CO TAK STOISZ, WCHODŹ! – Alex podbiegła do koleżanki i walnęła ją (po przyjacielsku, a jak? A ciężką rękę ma dziewczyna, to nie jej wina!) w plecy, aż ta zatoczyła się na drzwi. – WSZYSTKIEGO MRAŚNEGO, SŁODZIAK! – I wetknęła jej w rękę butelkę Danielsa. No cóż, przynajmniej tyle udało się Suzanne przewidzieć, jeśli chodzi o urodzinową niespodziankę.
- To ty?! – Krzyknął ktoś nagle zza jej pleców dziwne znajomym głosem, którego nie potrafiła zidentyfikować. Odwróciła się przodem do przybysza i aż jej szczęka opadła na biały śnieżek.
- Trener?! Co pan tu robi?! – Stał przed nią niski blondyn w czapce z daszkiem i w długim płaszczu (wyglądał jak Zorro bez maski, w wersji blond), z równie rozdziawioną gębą, co jej własna.
- Myślałem, że tu mieszkam, ale widzę, że Axl ma inne plany. – Odpowiedział, zerkając znacząco na Rudzielca, który zdążył już zrobić pół podkopu w celu przewrócenia kolejnej ściany. – A ty co tu robisz?
- Eee… Teoretycznie moje koleżanki zorganizowały mi tutaj przyjęcie urodzinowe, ale niech pan nie pyta czemu, ani kurwa jakim sposobem, bo nie mam pojęcia.
- Jaki tam pan! Steven jestem. Rzucił i otworzył przed nią drzwi (też właśnie zwątpiliście w ludzką inteligencję?), by pokazać, że może i wygląda jak idiota, ale za to jest prawdziwym dżentelmenem. – To które to urodziny? (Postawa dżentelmena poleciała w pizdu (tak jak i druga ściana przy akompaniamencie tryumfalnych okrzyków Axla. Impreza przeniosła się już zupełnie oficjalnie na wolne powietrze.), ale przecież trzeba wiedzieć, czy przypadkiem nie podeszłoby to pod paragraf.)
- Siedemnaste.  – Odpowiedziała i przysiadła na kanapie obok tego nic-mnie-nie-dziwi. Postanowiła się z nim solidaryzować, bo żyjąc w otoczeniu takich ludzi, niedługo prawdopodobnie stanie się zupełnie taka jak on. Myślała, że zaproponuje jej papierosa, ale chyba przeceniła jego poczucie empatii. Nie przeceniła za to swojego nowego znajomego w płaszczu Zorro. On w kurtuazyjnym geście sięgnął do kieszeni kolegi (chociaż wyglądało to co najmniej dziwnie) i po wyjęciu z niej paczki czerwonych Malborców i zapalniczkę z wizerunkiem Marilyn Monroe (niezły gust, kolego), zapalił jednego i podał jej, dygając przy tym jak pensjonarka. Potem wcisnął swój chudy tyłek pomiędzy Izzy’ego, a Sue i już miał zacząć jakiś ambitny (haha) flirt (nie z Izzym, oczywiście), kiedy nagle wielka szafa stojąca naprzeciw drzwi otworzyła się z hukiem i wypadł z niej związany grubym sznurem staruszek.
- Trener?! – Krzyknęła po raz kolejny tego dnia Suzanne. Wypalony do połowy papieros wypadł jej z ust i wylądował na podłodze zaraz obok drugiego, bardzo podobnego, który… Wypadł z ust Nie-zdziwionego(!) Dziewczyna podbiegła do spętanego mężczyzny i razem z Lizzie, która wreszcie skończyła czytać swoje życzenia, zaczęły rozwiązywać linę.
- A tam się będziecie pierdolić z supełkami, siekierą to! – Zdążył ucieszyć się Axl, nim włochaty kolega nie przypomniał mu zapobiegawczo, że zanim weźmie się za ludzi, może jeszcze porozwalać parę innych rzeczy.
- To on mnie związał! – Krzyknął pan Dawson, kiedy ktoś troszkę inteligentniejszy (pewnie Michie. A może Duff? Żarcik.) wpadł na to, że trzeba by mu wyjąć z ust knebel. Wskazał palcem za zawstydzonego Stevena.
- Ale… - łzy napłynęły blondynowi do oczu -… Ja tylko chciałem poznać Suzanne! Bo ja ją kocham! – Załkał i rzucił się w ramiona zaskoczonej dziewczynie. Ta pogłaskała go niepewnie po głowie.
- GORZKO, GORZKO! – Krzyknęła Michie i uśmiechnęła się szeroko. Koleżanka spojrzała na nią z politowaniem, a wtedy Steven od razu wykorzystał sytuację. Wszyscy zaśmiali się zgodnie, widząc minę Sue.
- Ogłaszam was mężem i żoną! – Zażartował sobie trener, stając za szczątkami (Axl dorwał w końcu tę siekierę i zastosował się do rady Slasha) szafy, niczym ksiądz za amboną. 
- TAAAK! – Stevie zaczął skakać wokół żony na jednej nodze, szczerząc się jak Michie do cukierków i nucąc pod nosem ‘mam żonę, mam żonę!’ Suzanne wybuchła w końcu śmiechem, aż łzy popłynęły jej po policzkach. Rozejrzała się raz jeszcze po pokoju. Spojrzała na siekającego właśnie kanapę Axla, na z powrotem znudzonego życiem Izzy’ego, na Slasha przytulającego Mackenzie, by choć trochę się rozgrzać, kiedy całe zapasy alkoholu zgromadził już w swym ciele leżący pod stołem Duff, na Lizzie i Mercy, które szlochały rzewnie ze wzruszenia i smarkały sobie nawzajem w rękawy płaszczyków, na Michelle ogryzającą paznokcie i jakąś dziwnie uśmiechniętą Alex, podziwiającą zniszczenie szerzone przez rudego kolegę. Steven objął ją ramieniem i nawet poczuła się z tym dobrze. A potem dwie ostatnie ściany domu runęły wraz z dachem na całe to towarzystwo.
I oczywiście nikomu nic się nie stało, bo jak inaczej Sue mogłaby opowiadać tę historię swoim wnukom, kiedy zapytały, jak poznała dziadka…
Dziadka Jeffa, oczywiście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz