Dla Zzuuzz od Szatanu :)

No kto ma dzisiaj urodziny? No kto?
Zuz ma dzisiaj urodziny ^^ I specjalnie dla właśnie tej oto Zuz moja własna wersja Twych cudownych urodzin (co prawda dziewiętnastych, no ale jednak się rodziłaś... xD), która, mam nadzieję, kiedyś się spełni :* Trzymaj się, pisałam to w nocy i sensu toto nie posiada xD


Susan wracała właśnie z uczelni, taszcząc na plecach futerał swego lśniącego elektryka, którego sprawili jej rodzice zaraz po tym, kiedy radosna wiadomość o jej dostaniu się na studia obiegła świat. Teraz był już dwudziesty ósmy dzień stycznia i nowość owej gitary nie była taka widoczna, ale naprawdę robiła, co mogła by jej nie zniszczyć, jednak z naturą solowego wymiatacza nie warto było walczyć.
Mimo udanego życia, sukcesów na uczelni i szajki debilnych przyjaciółek, dziś wróciła do domu wyjątkowo przygnębiona. Jej urodziny. Jej dziewiętnaste urodziny. Taki wyjątkowy dzień, a jednak zupełnie zwyczajny dla reszty śmiertelników, włączając w to JEGO. W swoich snach nazywała go Cygańskim Bogiem. Ten cudowny, przyćmiony koleś, stojący z boku sceny i jego przedziwne drewniane ozdóbki. Niby nic wielkiego, pewnie większość dziewczyn przychodzących na koncerty nawet go nie zauważa. Susie myśli, że to całkiem celowy zabieg z jego strony. Jeśli ktoś ma na niego patrzeć, to tylko ci, którzy na to naprawdę zasłużyli. A ona czuła, że to wyjątkowy człowiek i był jedynym jej urodzinowym życzeniem. Chciała zasługiwać. Tak bardzo chciała.

– Wszystkiego najlepszego, stara klępo, kurwa! – takim oto wrzaskiem przywitały ją dwie dziewczyny w drzwiach i małego mieszkania. W dłoniach umościły starannie tort w kształcie gitary z ułożonym z kremu ich mottem: „Be evil or die”. Łzy stanęły jej w oczach. Pewnie Lizz zabijała się wczoraj w kuchni o każdy mebel, klnąc na czym świat stoi o pierwszej w nocy, żeby go dyskretnie przygotować. A Mercy kryła ją przez cały dzień, że to niby napięcie przedmiesiączkowe i te sprawy... Że też się nie zorientowała!
– Rany, dziewczyny... Tak się...
– Luzuj stringi i się nie wzruszaj, bo prezent jeszcze nie dotarł. – powstrzymała ją Mercy, po czym siłą zaprowadziła do małego pokoiku, który przystroiły ich wspólnymi zdjęciami, starymi biletami z koncertów i filmów, ściągami powyciąganymi z jej plecaka, a nad wejściem widniał napis „Sala Wspomnień”.
– To będzie prezent? – zdziwiła się.
– Oooo... I to jaki! – mruknęła Lisa, rozsiadając się wygodnie na sofie.

Tymczasem dziewczyna znana szerzej pod pseudonimem Satanae, która na co dzień produkowała heroinę w pobliskiej piwnicy i właściwie nikt nie wiedział, jak naprawdę się nazywa, w asyście swojej handlarki Alex, dźwigały skrępowanego bruneta do furgonetki prowadzonej przez schizofreniczkę wypuszczoną ze szpitala niecałe dwa miesiące temu na tygodniową przepustkę.
– Sumi, kocham cię i wierzę w ciebie, gaz do dechy! – wysapała dziewczyna, kiedy Lex siedziała okrakiem na przerażonym chłopaku w bagażniku i groziła, że jak się będzie rzucał, to mu wydrąży ołówkiem dziury w żyłach. Nie wiedziały, że miał on wsparcie w postaci głodnej darmowego ćpania czwórki przyjaciół.
– Ej... Te panny porwały nam rytmicznego. – stwierdził przytomnie Mulat i zaciągnął się jointem. Nie zauważył tylko, że wszyscy inni już dawno to pojęli i mknęli jak gończe psy za fluorescencyjną, hippisowską furgonetką.

– Sto lat, sto lat, o ja pierdolę, ile ty ważysz koleś?! – stęknęła Satanae, otwierając drzwi łokciem i wnosząc chłopaka do mieszkania, gdzie strzeliły już korki od... elektryczności, bo po wódce trudno obsługuje się sprzęt.
– Niech żyje, żyje naaaam! Nie wierć się! – dośpiewała Alex, która mocowała się z nogami skrępowanego gitarzysty. Może byłby spokojniejszy, gdyby Sumi nie chciała mu odpalić petardy w nosie, twierdząc, że to świeczka.
– Oto twój prezent, Susan! – Lisa dumnie wskoczyła na stół, wsadzając stopę w sałatkę i wskazując na leżącego na dywanie... JEGO!
– Porwałyśmy kmiota specjalnie dla ciebie, wabiąc na nową dostawę hery. – dodała zafascynowana swym iście szatańskim umysłem Pani Od Handlowania Śniegiem.
Susan stała jak wryta za zastawionym pysznościami stołem i patrzała prosto w oczy przerażonego gitarzysty, równie przerażona. Powietrze stężało, a przez chwilę dało się nawet słyszeć pojedyncze bicia serca każdego, kto znajdował się w pokoju.
Chłopak rozejrzał się wokół i uśmiechnął sztucznie, co i tak miał już utrudnione przez bandankę, którą miał między zębami.
– Mam pomysł! Jest taki głupi, że może się udać! – wrzasnęła Sumi i uklęknęła przy ofierze porwania. Chyba miał ochotę płakać na wspomnienie tej petardy w nosie, ale się powstrzymywał. – Słuchaj! Nikt cię nie zapraszał na tę imprezkę, więc jak już się wbiłeś, to się zachowuj i zaśpiewaj „Sto lat” swojej największej fance! – po tych słowach zdjęła bandankę z jego ust i zaczął się drzeć wniebogłosy.
– RATUUUUNKUUUU!
– Mam wódkę, Stradlin. – mruknęła „koleżanka po fachu”.
– Stoooo lat, stoooo lat! Niech żyje, żyje naaaaam! Stooooo laaaat, stoooo laaat! Niech żyje, żyje naaaaam! A kto?! Kto to kurwa jest? – dodał szeptem, do siedzącej niedaleko Sumi.
– Susan.
– SUSAN! WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO SUSAN, MOŻESZ MI WYJAŚNIĆ, DO CHUJA, SKĄD SIĘ TUTAJ WZIĄŁEM?!
– Nie wiem, stary, ale kuuuurwa, będziemy pić! – oznajmił Duff, wchodząc bez pukania do mieszkania i prowadząc za sobą resztę kapeli, która władowała się do mieszkania z instrumentami i całymi skrzynkami alkoholu.
– Chłopaki! Impreza z żarciem! – wykrzyknął zdumiony Steven i rzucił się na stopę Lizz nadal tkwiącą w sałatce.
– Mamo, on mnie pożera! – poskarżyła się dziewczyna, robiąc znudzoną minę, jakby perkusista Guns N' Roses pożerał ją codziennie.

A reszta imprezy powinna być objęta zakazem rozpowszechniania na wszystkich planetach Układu Słonecznego, jednak w urodziny Susan zrobię dla Was wyjątek i dowiecie się, jak wyglądał prywatny koncert chłopaków, kiedy alkohole i sałatki już dawno się skończyły. Posłuchajcie!

– Zawsze chciałem zostać pachnącym hot-dogiem! Jednak Steven zajebał mi strój! Potem ta historia jest jeszcze straszniejsza! Gdyż w odwecie odgryzłem mu uchoooo! – zanim Slash wymalowany od góry do doły wszystkimi kosmetykami znalezionymi w łazience, zaczął na dobre przerabiać piosenkę Celin Dion z Titanica na swoją prywatną wersję, Satanae odłączyła mu mikrofon i rzuciła nim w Axla, który zarzekał się, że jak na zobaczy za chwilę striptizu na balkonie, to zdradzi jej prawdziwe imię.
– Nie odważysz się, przebrzydła kreaturo w obcisłych gaciach! – wrzasnęła, ciskając w niego mikrofonem i wazonem jednocześnie.
– A właśnie, że tak! – rudzielec wytknął jej język i zniknął w kuchni, nucąc jakąś przedszkolną pioseneczkę.
Tymczasem Susan siedziała w swojej sypialni i z wypiekami na twarzy obserwowała palce bruneta sunące po gryfie jej gitary. Wypijali już drugą butelkę Danielsa i chyba nawet nikt nie zauważył, że od początku zabawy nie wyszli z tego pomieszczenia. Panowała między nimi lekka i przyjemna cisza, przerywana tylko muzycznymi uwagami. Jaj Cygański Bóg siedzi na jej łóżku i dotyka jej strun! I nieznacznie się do niej zbliża... I dotyka jej warg. O KURWA, ORZESZKI!

– WSTAWAJ, STARA KLĘPO! MYŚLISZ, ŻE JAK MASZ URODZINY, TO NIE MUSISZ JEŚĆ TOSTÓW LIZZ?! – kubeł zimnej wody wylądował na jej głowie. Zachłysnęła się powietrzem i spadła z łóżka. – Otóż, musisz! – dodała Alex, nieznoszącym sprzeciwu tonem, a zza futryny wychyliła się rozczochrana Sumi, z różańcem wplątanym we włosy. Pewnie znowu poszła do warzywniaka na dole i fanki księdza ją przepędzały...
– I masz gościa, wiesz? A najpierw dziewiętnaście razów na dupę, żeby nie było za fajnie! – wrzasnęła schizofreniczna dziewczyna i rzuciła się na nią w towarzystwie Lisy, Satanae i Mercy.
Posiniaczona, obolała i bez kępki włosów wtoczyła się do kuchni, gdzie siedział nie kto inny jak ON.
– Słyszałem, że masz urodziny i chciałem... – zanim dokończył o tym, że składa jej najlepsze życzenia, zaprasza na koncert, za kulisy i tak dalej, dostała nagle przypływu sił życiowych, wciągnęła go do swojej sypialni i z hukiem zatrzasnęła drzwi. We śnie się nie powiodło, to na jawie już nie popuści!
– Panie... Idziemy pić za zdrowie naszej przyjaciółki. W lewo zwrot i do drzwi odmaszerować! – zakomenderowała Mercy, po czym wszystkie spojrzały po raz ostatni na drzwi, zza których słychać było podejrzane odgłosy.
– Wszystkiego najlepszego, Zuz! – zaśpiewały pod nosem i śmiejąc się, wystrzeliły z domu na podbój Sunset.
A o tym, co działo się w tajemniczym pokoju... Nie mam pojęcia :) Ja tylko miałam zrobić tak, żeby nie pamiętała tego pawia, co go Stradlin dzień wcześniej rzucił na jej gitarę. I chyba się udało :D
Ach, te moje szatańskie prochy ^^  Ale oficjalnie to ciii... To był tylko sen ;)



A tutaj taki mój paskudny ryj z napisem made in paint, bo głupia ja nie skapowałam, że w przyrodzie istnieje coś takiego, jak lustrzane odbicie :D
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! W GÓRĘ BIUSTY I ZA ZUZ!
 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz